Zły nastrój

przemek piwowar.
Zagubione aspekty

Stres, złe samopoczucie, -od paru miesięcy podglądam własne samopoczucie. Starając się zrozumieć jakie czynniki je określają, odnowiłem znajomości z osobami które mnie przed wielu laty zdominowały .Podejmowałem się burzliwych zleceń z bezwzględnymi partnerami, stajać się jakby ich narzędziem realizacji celów. Wszczynałem konflikty, odwiedzając nieprzychylne mi miejsca w wyobraźni.
Stalo się to czego się obawiałem. Dobre samopoczucie prysnęło i zawitał we mnie drgający niepokój.
W podglądaniu zmieniających się doznań, pomógł mi Staszek, niefizyczny przyjaciel, naciskając ożywczo w mojej uwadze momenty zmian samopoczucia. Gdy były zbyt delikatne bym mógł je postrzec, sobie natychmiast uświadomić, wyostrzał je. Dzięki temu wsparciu, jego czujności, mało postrzegane doznania wypływały na świadomą powierzchnie, stajać się dla mnie bardziej czytelne.
Nie spij, obserwuj, bo się znowu dzieje, ostrzegał.
Wspominając nieprzyjemne chwile, samemu psułem sobie nastrój. Gdy pojawiały się w moim życiu abstrakcyjne problemy, które chciałem ominąć, to również traciłem animusz i prężność. Spychane w zapomnienie, dobijały się co rusz oczekując mojej decyzji. Przekładanie ich na później wywoływało we mnie fale niepokoju. Oczywiste było dla mnie , ze pojawiające się w takich momentach doznania sam wywoływałem.
Zagracony garaż sterta zepsutej farby, wywoływał we mnie zakłopotanie i rumieńce. . W takich chwilach, przez ułamek sekundy myszkowałem przy nich w wyobraźni, szukając miejsca gdzie mógłbym się ich pozbyć. Mając parę takich bolesnych miejsc, postrzegłem  ze odnawiają się we mnie problemy, domagając się natychmiastowego rozwiązania.
Pojawiał się we mnie wewnętrzny dialog, . Cichutko w umyśle, z błyskawiczną prędkością ważyłem za i przeciw. Nie teraz, potem to zrobię, padała decyzja. Cos zostawało we mnie, jakieś niezadowolenie do czasu aż zająłem się czymś innym i zapomniałem. To niespokojne czekało na nadążającą się okazje, dając o sobie znać gdy trafiałem na sytuacje mającego coś ze sobą wspólnego. Widząc wiadra farby w aucie, odwracałem się do nich z obrzydzeniem, żałując ze jestem malarzem.
Jak się jej pozbyć, szukałem w myślach ratunku, nie zdając sobie sprawy o jakiej farbie myślę. Z czasem utraciłem przedmiot myśl i towarzyszył mi tylko lekki niepokój na widok farby. Tracąc niechęć do malowania, dziwiłem się jedynie, ze wole zająć się czymkolwiek a nie malowaniem. Objawiało się to zmęczeniem na myśl malowania obrazów. Cos mnie trzymało żrąc energie. Mam jeszcze jedno takie miejsce w którym pozostawiłem bałagan.
Stara galerie, mnóstwo desek, niepotrzebnych elementów dekoracyjnych. Gdy mnie ściąga w to miejsce z wyrzutami ratuje się wspomnieniem. Pozostawiłem partnerowi pieniądze, maja przecież starczy na porządki. Wiem , ze tego nie zrobił i pieniądze przejadł. Jednak starcza to by się uwolnić od palącej odpowiedzialności. Gdy pojawia się wspomnienie problemu, łącze je z partnerem, czując się usprawiedliwionym.
Co się dzieje gdy wspominam nierozwiązane problemy. Gdzie ląduje w wyobraźni i dlaczego są one tak dla mnie nieprzyjemne.
 Czy dzieje się coś w tym czasie, coś czego nie postrzegam, jakiś wewnętrzny proces w którym trwonię energie, nie wiedząc o tym czy ignorując jego przebieg i następstwa?
Gdy podjeżdżałem pod garaż by wywieźć zamoczone papiery ( dziurawy dach) przyglądałem się zaniepokojony stojącym sąsiadom. Pomimo , ze patrzyłem na wprost siebie, moje ciało astralne zwracało z zawrotna szybkością twarz  w ich kierunkach, Tak jak bym oceniał w nieświadomym planie niebezpieczeństwo wykrycia mojego bałaganu. Ciało astralne zaczęło mi lekko drgać. Gdy otworzyłem garaż bylem już solidnie zdenerwowany, wspominając ukradkiem podglądających mnie sąsiadów.
Wywożąc dwa auta szpargałów na śmietnisko, postrzegłem w sobie parokrotnie niezwykle silne emocje.
W garażu znalazłem kącik, miedzy kartonami. Och jak się milo robi gdy wnikam wzrokiem w jego przestrzeń. Tu jest bezpiecznie, odnoszę wrażenie. Mogę się tu schronić. Cos się rusza w szarości, coś co mnie zmienia. Odwracam się ponownie i zdecydowanymi ruchami chwytam za szczotkę. Garaż staje się nagle dla mnie przejrzysty. Jeszcze  parę ruchów miotłą i przestaje się go wstydzić.
Przejeżdżając wcześnie rowerem przy garażu, wielokrotnie dostrzegałem jak moje ciało astralne, schyla głowę lub ja odwraca. Przezywałem jednym słowem mnóstwo doznań z powodu nierozwiązanego problemu.
*
Wielokrotnie wracając do domu parkiem czułem się niezwykle lekko. Przyglądając się pobliskim drzewom, obrywałem listki z krzaków, delektując się ich  pluszowa struktura. Podchodząc do prywatnych zabudowań, usłyszałem Staszka,- Uważaj !
Zdałem sobie sprawę ze właśnie zacząłem usztywniać ruchy. Ciało astralne delikatnie się wyprostowało we mnie, trzymając ścisłe ciała fizycznego. Ta ostrożność dawał się wyraźnie odczuć. Nie odważałem się myszkować wzrokiem przez ploty sąsiadów. Nie wolno, nie twoje, będą krzyczeć, gdzie włazisz, prywatny teren. Szedłem ulica z wyostrzona świadomością śpiącego ciała, bylem ostrożny, trochę zaniepokojony. Obawa skrywała się gdzieś głęboko, z nie postrzeganym wzrastającym we mnie napięciem. Zajęty myślami nie postrzegłem go, choć uświadamiałem sobie wielokrotnie niechęć do otaczających moje mieszkanie budynków.
Odczułem ingerencje Staszka. Podsunął mi pomysł. Powstrzymaj fobie i rozglądnij się serdecznie po okolicy- powiedział bezszelestnie.
Coś we mnie rozjaśniało i odczułem rozprężenie. Zmieniłem nastawienie do otaczającej przestrzeni.
Park połączony jest wąskim przejściem z osiedlem. Gdy przejeżdżałem przez nie rowerem, zawsze coś się we mnie działo. Chybotałem się, tracąc chwilowo koncentracje. A wiec tam „byleś“, na tym przejściu. Stałem tam nie chcąc przekroczyć bramki. Przechodząc dalej zostawiam coś z siebie, dającego się za każdym razem w tym miejscu mi wyraźnie odczuć.
Zmieniając nastawienie uśmiechnąłem się tego wieczoru do nielubianej sąsiadki. Odwzajemniła mi się uśmiechem.
 
Gdy szukałem przyczyny mojej alergii to powiedziałem do siebie na głos. Chce znaleźć się w miejscu gdzie się zaczęła. Wydało mi się to trochę niepoważne, ale wsparty zapewnieniami powodzenia przez Bruce Moena, zdecydowanie parłem w wyobraźni oczekując niezwyklej odpowiedzi.
Siedząc na krześle zamknąłem ufnie oczy, oczekując pełen entuzjazmu na niezwykła przygodę. Po chwili przemknęło się w moim umyśle wspomnienie z okresu studiów. Pojawiłem się w Szklarskiej Porębie, nad strumykiem. Przypominałem sobie malowane wtedy zarośnięte mchem wielkie głazy. Wspomnienie stawało się coraz żywsze. Pojawiały się mi przed oczami niewyraźne jakieś kształty. Wielkie kamienne kształty w niesprecyzowanej  szarości. Wspomnienie ożyło na tyle, ze pojawiłem się wręcz w tym wspominanym miejscu. Moglem siew nim poruszać, myszkując po niewyraźnych kształtach wzrokiem. Usłyszałem wtedy głos kogoś znajdującego się w moim pobliżu. WCHŁOŃ W SIEBIE MECH Z KAMIENI.
Przez długą chwile tkwiłem w zdumieniu , nie wiedząc jak postąpić.
Choć rada wydal mi się idiotyczna to zrobiłem to bez sprzeciwu. Wnikająca bezkształtna substancja z kamieni dala się z łatwością wchłonąć. Połknąłem coś, nie odczuwając zbytnich rewelacji. Kilkadziesiąt lat temu malując przy tych głazach obraz podjąłem pewna decyzje, która powstrzymawszy mój artystyczny rozwój na wiele lat.
Po tej przygodzie z mchem, trzy lata miałem spokój z alergia. Czym była ta substancja,-wspomnieniem mchu, czy jakimś porzuconym aspektem?
 
Gdy współpracowałem z ludźmi, nie liczącymi się z konsekwencjami, to wielokrotnie wpadałem w tarapaty. Stawało się niezwykle paskudnie, gdy ich zysk materialny był związany z moja praca. Bez skrupułów rozstawiali swoje macki, umożliwiające im utrzymanie dominacji i wzmacnianie swojego monopolu.
Będąc często podwykonawca odczuwałem silny nieuzasadniony niepokój, w momencie gdy rozstrzygane były losy jakiegoś zlecenia. Nie wiedząc o niczym brany bylem pod uwagę w czyichś planach. Im bardziej paskudny był zleceniodawca tym gorzej mi się działo.
Wielokrotnie traciłem dobre samopoczucie przed telefonem tych osób. Informowały mnie one najczęściej o gotowym już planie, niezbyt dla mnie korzystnym rozwiązaniu, czyjejś inicjatywie w której odgrywałem minimalne znaczenie biorąc na siebie najwięcej obowiązków.
Tych momentów się bardzo balem, gdyż związane były z wewnętrznymi konfliktami, niszczącymi mój wewnętrzny spokój, zrzucając mnie w niskie wibracje pełne zazdrości i mściwości.
Obłudne wymówki gdy pojawiały się problemy i szukanie ofiary gdy brakowało pieniędzy na zapłatę za prace, niszczyło moja wewnętrzna harmonie.
W takich przypadkach borykałem się z czyimiś zagubionymi aspektami, ciążącymi mi jak niespełnione czyjeś łapczywe oczekiwanie.
Jedynym sposobem by się od nich uwolnić było zmiana rynku pracy i wymówienie w odpowiednim czasie odważnie NIE.
 
Wiele osobliwych zjawisk potrafi nam zepsuć dobry humor, uczynić nas nieproduktywnym, odbierając radość z pracy. Gdy rozwijamy się w przychylnym nam środowisko to przyczyna utrapienia tkwi najczęściej w nas samych. Z czymś się nie zgadzamy lub czegoś nie akceptujemy. Rozsypiemy zagubione aspekty w chwilach  naszych niepowodzeń. Tkwimy uwaga przy myśli przyjmującej  człekokształtną formę w astralu, w miejscach dla nas najbardziej znaczących. Trwonimy energie na  mało świadomych, wewnętrznych dialogach, których następstwem jest utrata motywacji w działaniu.
Odszukanie w sobie płonących miejsc jest ważne dla każdego z nas. Znaleziono sporo metod by poruszać się bezpieczne we własnym wnętrzu, w gonitwie za własnymi utrapieniami.
O znanych i stosowanych przez moich przyjaciół metodach utrzymywania dobrego nastroju, napisze w kolejnych artykułach.

Ten wpis został opublikowany w kategorii psychologia. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

3 odpowiedzi na „Zły nastrój

  1. Korna pisze:

    Obserwuję u siebie nieco podobne efekty. W moim wnętrzu najczęściej zaczyna sie dziać wtedy gdy jakaś sytuacja sprowokuje mnie do dogłębnych przemysleń. Dzieje sie to za sprawą innych osób jak i mnie samej. Prowadze wtedy ze soba dyskusje na temat nieprzyjemnej sytuacji analizując ją i rozmyślając nad tym jak ja to jestem biedna i nieszczęśliwa, podczas gdy dla drugiej osoby jest ona już nieważnym wspomnieniem. Stare graty najlepiej wyrzucić do kosza lub rozdać potrzebującym, zastała energia która sie tam gromadzi moze generowac złe wspomnienia i lęki. U mnie w mieszkaniu już wszystko posprzatane oprócz piwnicy, miałam takie dni gdy pomagałam sprzątać ze czułam wyraźną poprawe samopoczucia po tym jak bylo juz czyściutko, równiez nieproszeni goście zza światów są zmuszeni odejść w takiej sytuacji.
    Pozostaje mi tylko jeszcze pozbierać cos co zostalo, ehh tylko znowu sa te wymówki później

  2. kronopio pisze:

    [quote] Pojawiał się we mnie wewnętrzny dialog, . Cichutko w umyśle, z błyskawiczną prędkością ważyłem za i przeciw. Nie teraz, potem to zrobię, padała decyzja. Cos zostawało we mnie, jakieś niezadowolenie do czasu aż zająłem się czymś innym i zapomniałem. To niespokojne czekało na nadążającą się okazje, dając o sobie znać gdy trafiałem na sytuacje mającego coś ze sobą wspólnego. Widząc wiadra farby w aucie, odwracałem się do nich z obrzydzeniem, żałując ze jestem malarzem.[/quote]

    Tak, znam to o czym piszesz. Ma to nawet fachową nazwę: prokrastynacja. Warto poszperać w google. Wklejam linki.

    http://przekroj.pl/cywilizacja_spoleczenstwo_artykul,4954.html

    http://pl.wikipedia.org/wiki/Prokrastynacja

  3. Anna pisze:

    Hej Zbyszek
    czytam sobie ciałka cały czas i mam mase refleksji co do odzyskiwania ,uswiadomiłam sobie pare konkretnych przypadków w życiu kiedy zaszło cos takiego. Dalej do konca nie pojmuje jak dokładnie przeprowadzic takie odzyskanie i kiedy w moim przypadku ono nastąpi rozumiem ze idzie za tym silne uczucie ze tak sie własnie stało, wiec niby teoretycznie rozumiem ale nie czuje jeszcze praktycznie, chciałabym natomiast bo wczoraj po przeczytaniu o twoich problemach z malowaniem ,wyłoniły sie jasno i klarownie jak nigdy moje problemy do odzyskania, o jednym z nich jak strach przed odpływaniem od brzegu na skutek (zgubienie aspektu na srodku jeziora)juz pisałam.
    Natomiast jest jeszcze kilka takich które przeszkadzaja mi w zyciu w tzw rozwineciu skrzydeł. I ( nie wiem jak je ruszyc a bardzo było by mi to potrzebne, niżej owe przypadki które moze i moga ci sie do czegos ,jakichs przemyslen przydac, mi tez łatwiej je wyrzucic z siebie jak mam wrażenie ze pisze do kogos niz sama tak sobie. Traktuje tez je dosc z dystansem nie jako jakąs intymna tajemnice.

    1. Przypadek kiedy straciłam chęc jeżdzenia samochodem, z czym do dzis mam problem choc chciałabym bardzo
    Zawsze marzyłam zeby byc samodzielną i poruszac sie swobodnie najlepiej samochodem na duże odległości, jak tylko skonczyłam 18 lat zapisałam sie na prawo jazdy w miejscowosci gdzie był moj internat. Z entuzjazmem oswiadczyłam moim rodzicom, ze musza uzbierac na raty na ten kurs. Mój brat który przebywał w innej miejscowosci z rodzicami 3 lata młodszy bardzo sie tym przejoł. Poniewaz jak sie okazało to jego ukrytym marzeniem było jeżdzić. Urządził w domu wielka awanture jak mozna tak nieodpowiedzialnej osobie jak ja pozwolic jeździć samochodem…agitował tak wytrwale ze w koncu wszyscy uwierzyli mu ze to nie jest dobry pomysł i ja do tego sie nienadję…rodzice juz w trakcie kursu zmusili mnie do jego przerwania twierdzac wymijająco ze nie ma na to pieniędzy…(to jest nastepny moj problem ze na nic nie ma pieniędzy;) moj brat swiecił triumfy a ja byłam okrutnie załamana i ubezwłasnowolniona, po prostu czułam sie strasznie , ale tez na tyle dumna ze nie mowiłam o tym, tylko sobie przyżekłam ze jak bedę miec swoja kase to zrobie sobie te prawo jazdy bez niczyjej łaski, ale ten cios bolał mnie strasznie ,po paru latach brat zrobił sobie prwojazdy i jedził dumnie naszym maluchem, ja chowałam głeboko w sercu uraze…potem w koncu odziedziczył tego malucha a rodzice kupli lepszy model:) i mi w wieku 25lat udało sie zrobic za pieniadze ze stypendium rówiez prawko ,ale jak sie okazało słowa mojego brata nadal pokutowały i rodzice nie chcieli mi dac swojego samochodu do jazdy bo nowy, a nie ma autokasko jakby co…wiec prawko leżało w szufladzie,. Obecnie maż ma smochód i czasem nim jeżdze ale miewam nieuzasadnione leki ze własnie jestem nieodpowiedzialna i napewno cos sie stanie …boje sie parkowac i boje sie na zapas …ale jak byłam w Polsce wziełam 10 godzin szkolenia zeby przypomniec sobie po latach jak sie jezdzi i naprawde dobrze mi szło. Mimo to niewiele jedze bo niechce żeby cos sie stało, jakie to głupie!!!
    Wierze ze straciłam wtedy jakis swój aspekt i naprawde chciałaby go odzyskac i jedzic, ale w rzeczywistosci sie wycofuję. Jest mi z tym cięzko. Z moim bratem mam teraz dobre stosunki choc nasze dzieciństwo to była udreka. Mam nadzieje ze cie nie zanudzam tymi opowiesciami:)
    2. Sprawa zwierzat a w szczególności koni, od małego kochałam zwierzęta czego zupełnie nie podzielali moi rodzice; to owszem fajnie było popatrzeć ale co innego mieć w domu…znosiłam rózne zwierzatka a rodzice sie ich pozbywali a naprawde marzyłam o koniu:) choc w snach przesladował mnie okropny wątek ze pedze konno ale nie moge sie utrzymac ,albo ze zawsze jakos niedochodzi jazda na skutek splotów okolicznosci do skutku…i tak tez było. Znalazłam kiedys np psa i miałam go moze 2 miesiące to był juz rekord potem mama oswiadczyła ze przerobi go na chodnik pod nogi jak sie go nie pozbede i chodziłam tak po rynku i prosiłam ludzi zeby ktos go wzioł bo jak nie, to mama przeroi go na chodnik…w koncu koleżanka z klasy go wzieła(to była suczka i poniewaz uciekała zaraz przyszły na swiat tez szczeniaki) Po szkole szłam odwiedzac rózne zagrody ze zwierzetami , w naszej miejscowosci znałam wszystkie psy, i konie tych wiele nie było, moje marzenie o galopowaniu konno nigdy sie niespełniło choc na ten temat wiedziałam wszystko łacznie z rasami i chorobami koni ,wszystko co było mozliwe w bibliotece do przeczytania…oczywiscie namietnie malowałam konie…no i bedąc w szkole w innej miejscowości z internatem dowiedziałam sie ze 5 km dalej, przez las jest zagroda z konmi gdzie mozna jedzic, wybrałam sie tam i nawet zapisałam na kurs dla poczatkujacych ale wkurzao mnie to ze tak naprawde jedzilismy stepem w kółko, a każda godzina jazdy kosztowała tak wiele ,ze i tak jedziłam stopem w dwie strony po 120 km do domu ,ale ciagle mi brakowało, mimo wysprzedawania kartek zywnosciowych z internatu…więc kiedy kierownik tego osrodka oswiadczył ze potrzebuje tabliczki z imionami koni i innymi datami to podjełam sie w zamian za jeżdzenie tego zajcia, choc niecierpiałam kaligrafi…robiłam te tabliczki po wiele godzin, ale jak sie okazało nie mogłam jedzic i doznałam kolejnych upokorzeń typu ,ze choc przychodziłam, nie mogłam jeżdzić bo nie płace, choc jak głupia robiłam te tabliczki i niby wszystko było uzgodnione, w koncu posadzili mnie na konia tylko po to, by dac mi njagorszą kościstą szkape bez siodła zeby sie ponabijac jak długo sie na niej utrzymam, oczywisci mimo smiechów i niesamowitego podrzucania ani razu z niej nie spadłam, ale miałam dosć tego wysmiewania sie i złego traktowania, wiec postanowiłam z tamtad odejśc bo nie było chyba nikogo zeby sie nawet poskarzyć. Nie wspomne o tym (jakos na zale mi sie zebrało) ze idac przez ten las nie raz spotkałam po drodze stałego bywalca ekscybicjoniste:) na szczęscie nie był groźny. Od tamtego czasu całkowicie sie zdystansowałam od tematu „koń” czym uspokoiłam moich rodziców. Potem nawet mieszkałam na wsi i znajomy trzymał u nas konia ale czułam ze jest strasznie zawistny o niego, niechciał zeby ktos poza nim na nim jeździł wiec wycofałam sie z tego tematu całkowicie. Z tego zostało ze tyko chetnie maluję Konie to wszystko. Myslę ze takie historie sa dosc oczyszczajace . Po prostu twój artykół uruchomił we mnie taką lawine wspmnien. Mysle ze zakoncze na razie bo po odswierzeniu tego ostatniego wspomnienia naprawde zrobiło mi sie przykro.
    Pozdrawiam serdecznie
    Anna

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>