„Niebezpieczne związki liturgii katolickiej i okultyzmu”

Tekst nadeslal Almos:)))

Ostatnio bardzo często słychać w ustach duchownych katolickich, wymawiane zazwyczaj z przekąsem, słowo “okultyzm”. Nie wiadomo tak naprawdę, czym jest “okultyzm”, poza tym, że jest niebezpieczny, że się przed nim ostrzega, że wszystko, co nie jest katolickie, może się potencjalnie stać “okultystyczne”, a więc niebezpieczne i poderzane. “Okultyzm” tak rozumiany jest workiem, w którym można upchnąć cały wachlarz zjawisk i praktyk: okultyzmem są więc rytuały magiczne, ale też medytacja buddyjska, sztuki walki, czytanie książek dla młodzieży czy przywożenie z wakacji masek afrykańskich.

 

Internetowa encyklopedia Wikipedia definiuje okultyzm w sposób następujący:

 

The occult (from the Latin word occultus „clandestine, hidden, secret”) is „knowledge of the hidden”.[1] In common English usage, occult refers to „knowledge of the paranormal„, as opposed to „knowledge of the measurable„,[2][3] usually referred to as science. The term is sometimes taken to mean knowledge that „is meant only for certain people” or that „must be kept hidden”, but for most practising occultists it is simply the study of a deeper spiritual reality that extends beyond pure reason and the physical sciences.[4] The terms esoteric and arcane have very similar meanings, and in most contexts the three terms are interchangeable.[5][6]

 

(Źródło: https://en.wikipedia.org/wiki/Occult)

 

Jedną z cech definiujących okultyzm jest więc przekonanie o istnieniu świata duchowego i przeświadczenie, że świat ten można w jakiś sposób badać. Wyciągając palec w stronę nie-katolików i miotając pod ich adresem okultystyczne oskarżenia duchowni po pierwsze odwołują się do negatywnych konotacji, jakie omawiane przez nas słowo zdobyło stosunkowo niedawno, a po drugie zapominają o tym, że to oni, w dużej mierze, inspirowali rozwój zachodniej magii i tradycji ezoterycznej. Żeby się o tym przekonać, nie trzeba szukać daleko: o ile Alphonse Louis Constant, znany też jako Eliphas Levi, był księdzem niedoszłym, wahającym się pomiędzy karierą okultysty a zawodem księdza, o tyle Marsilio Ficino, twórca “Trzech ksiąg o życiu” – jednego z głównych źródeł nowożytnej zachodniej astrologii, był już praktykującym duchownym. Współcześnie praktykujący czarownik John King, autor popularnego w środowisku magicznym bloga “Imperial Arts”, otwarcie przyznał, że do praktyk magicznych zainspirowała go rozmowa z księdzem, a Richard Kiekchefer, znawca średniowiecznej magii zwraca uwagę na podobieństwo pomiędzy średniowiecznymi rytami magicznymi a rytuałem egzorcyzmu. Na koniec jeden ze współczesnych ezoterycznych autorów, Joseph Lisiewski, zaleca przyjmowanie katolickich sakramentów jako przygotowanie do praktyk wywołania duchów.

 

Ataki katolickich duchownych na “okultyzm” są tak naprawdę atakami na nowinki kulturowe, które pojawiły się na Zachodzie w ciągu ostatnich stu lat. Pień zachodniej ezoterycznej tradycji ma się całkiem nieźle, ponieważ – jak wszystkie elementy naszej kultury, które zachowały się do czasów współczesnych – wzrasta z jednego z trzech filarów naszej cywilizacji: chrześcijaństwa. W tym krótkim artykule przyjrzymy się naszej magicznej tradycji i jej związkom z naukami i praktykami instytucji, która okultyzm piętnuje – Kościoła Katolickiego. Pokażemy też, że wbrew powszechnemu przekonaniu katolickie nie zawsze znaczy bezpieczne.

 

ŚREDNIOWIECZE I RENESANS – DIABOLICZNI KSIĘŻA

 

Nie da się mówić o rozwoju zachodniej magii nie wspominając o roli, jaką odegrało w nim chrześcijaństwo. Jakkolwiek zachodnia magia zaabsorbowała elementy antyczne (przede wszystkim chaldejskie i greckie – por. “Magia Antyczna” Andrzeja Wypustka), to w pierwszych wiekach chrześcijaństwa są one powoli chrystianizowane – na amulecie z IV wieku naszej ery można znaleźć całą gamę odwołań do aniołów, a na końcu do Boga i do Chrystusa. Amulet ten miał chronić osobę imieniem Zoe przed całą gamą zagrożeń, głównie natury seksualnej (“Magia Antyczna”, str. 197-199). Tym, co rzuca się w oczy, jest związanie rzeczywistości magicznych ze sferą sakrum: w Papyri Grecae Magicae wiele zaklęć wymaga składania ofiar bogom i praktyk dewocjonalnych. Tak samo w wiekach późniejszych magia będzie splatać się z religią. Żeby nie być gołosłownym, podam przykład.

 

W roku 1725 w Kolonii wydrukowano księgę zaklęć, której autorstwo przypisano Albertowi Wielkiemu – czarownikowi i papieżowi (o magicznych konotacjach stanu duchownego napiszemy za chwilę). Tekst jej angielskiego tłumaczenia jest dostępny w całości na pod adresem http://www.esotericarchives.com/moses/egyptian.htm . Książka zatytuowana była “Egipskie sekrety” (tytuł wziął się z pomieszania pojęć – “egipcjanami” nazywano w niej Cyganów, z dawien dawna uważanych w Europie za strażników magicznej wiedzy) i zawierała metody obrony przed wszelkimi nieszczęściami, jakie mogły dotknąć żyjącego w osiemnastym wieku czytelnika: gangreną, kolką, gorączką, epilepsją etc. Większość “zaklęć” wymagała odwołań i modlitw do Trójcy Świętej, a wśród nich znalazła się metoda “stworzenia Złotego Pierścienia” chroniącego gospodarstwo domowe przed wszelkim nieszczęściem. “Zaklęcie” było de fakto modlitwą do Boga, Jezusa i Maryi, aby otoczyli dom rzucającego zaklęcie “złotym pierścieniem”. Oto fragment inkantacji:

 

“May God, the Father, make a golden ring around this house, around this stable, around all men and beasts that belongeth thereto and goeth in and out of it; also around my fields and forests, yea, this very ring encircles our beloved Mary with her dear infant, Jesus Christ they protect, watch over, maintain, shelter, cover and defend all mankind, both male and female, small and large, young and old, as likewise, all cattle, oxen, steers, cows and calves(…)“

 

Pełny tekst zaklęcia można przeczytać pod podanym wyżej adresem internetowym.

 

Jeżeli zachodnia magia zachowała więź z dawnymi tradycjami – jak twierdzą niektórzy duchowni – to przejawia się to nie tyle w przetrwaniu elementów religii pogańskich w niezmienionej formie (jak się później przekonamy, tzw. “przedchrześcijańskie tradycje” spod znaku celtyckiego neopogaństwa to de facto nowoczesne wynalazki w historycznym opakowaniu), ile w przekonaniu, że poprzez określone formuły można dotknąć rzeczywistości świętych i z ich pomocą wpłynąć na świat widzialny.

 

Nikt, rzecz jasna, nie był lepiej wyposażony do pracy ze świętymi rzeczywistościami niż osoby duchowne. Postrzeganie księży jako obdarzonych nadprzyrodzonymi mocami miało wiele przyczyn: po pierwsze, księża potrafili pisać i czytać, co w warunkach w większości niepiśmiennej Europy zakrawało niemal na magię. Po drugie, osoba duchowna po konsekracji przestaje być zwyczajnym człowiekiem; sam akt konsekracji daje jej święte (i nadprzyrodzone) przywileje. Po trzecie –  rytuał: według św. Tomasza z Akwinu moc liturgii tkwiła w niej samej (była to tzw. moc “ex opere operato”, czyli niejako wynikająca z samego rytuału). Stąd ksiądz w okresie średniowiecza i Renesansu był osobą w drugiej – za kobietą-wiedźmą – kolejności podejrzewaną o uprawianie czarów. Badacz średniowiecznej magii, Richard Kieckhefer, tak pisze o zagadnieniu:

 

„More generally, knowledge of this material [chodzi o książki magiczne] adds significantly to our understanding of later medevial clerical culture. A society that had a surplus of clergy inevitably spawned an underemployed and largerly unsupervised ‚clerical underworld’ capable of various forms of mischief, including necromancy, and indeed this underworld seems to have been the primary locus for this explicitly demonic magic. (…) When we examine the Munich Handbook of necromancy (…) what we will find there is a characteristically clerical form of magic, using Latin texts and presupposing knowledge of mainstream ritual.[1]

 

Owen Davies w książce „Grimoires: the history of magical books” zwraca uwagę na podobieństwa pomiędzy rytem egzorcyzmu a tzw. konjuracją, czyli zaklęciem magicznym. W obydwu przypadkach – co zauważyli protestanci – mamy do czynienia z rozmową z demonem. Davies podaje również przykład duchownego skazanego za „konsekrację amuletów, które miały mu przynieść powodzenie w grach hazardowych”. Zwróćmy uwagę na samo słowo „konsekracja”, które w tym wypadku oznacza „poświęcenie” przedmiotu o charakterze magicznym. W magii – zarówno starej jak i nowej – określenie „konsekracja” jest używane dosyć często: przybory, którymi  posługuje się czarownik, muszą być konsekrowane, najczęściej przez recytację modlitw i psalmów, istnieje też pojęcie konsekracji samego czarownika poprzez m.in. oczyszczenie i post, na co zwraca uwagę Reginald Scott[2]. Przykład konsekracji za pomocą modlitwy można znaleźć w „Sztuce przyzywania duchów do kryształu” Jana Trithemiusa. Oto fragment angielskiego przekładu:

 

„Oh, God! who art the author of all good things, strengthen, I beseech thee, thy poor servant, that he may stand fast, without fear, through this dealing and work; enlighten, I beseech thee, oh Lord! the dark understanding of thy creature, so that his spiritual eye may be opened to see and know thy angelic spirits descending here in this crystal: (…) and thou, oh inanimate creature of God, be sanctified and consecrated, and blessed to this purpose, that no evil phantasy may appear in thee(…)”

 

Źródło: http://www.esotericarchives.com/tritheim/trchryst.htm

 

W tym wypadku konsekracji zostaje poddany kryształ, w którym ma ukazać się przywołany przez czarownika duch. Modlitwa jest skierowana do samego Boga, bez Którego pomocy czarownik nie jest w stanie wykonać swojej operacji. Jednak ta modlitwa, ten egzorcyzm odprawiony nad kryształową kulą ma charakter dosyć nieformalny; o wiele ciekawsze przykłady znajdziemy w przypisywanej uczonemu Piotrowi z Abano księdze Heptameron.

 

I tutaj mała dygresja – w większości kościelnych „cautionary tales” i „świadectw” osób rzekomo opętanych czarną magią sama operacja magiczna jest dziecinnie prosta: wystarczy zapalić świecę i wypowiedzieć inkantację, żeby wywołać pożądany efekt. Taka forma magii jest, ich zdaniem, bardzo niebezpieczna dla młodzieży: w końcu, w naszych mrocznych czasach zakup świecy i zdobycie znajdującego się w Internecie tekstu magicznego nie stanowi żadnego problemu. Zwolennikom tych teorii radzę zapoznać się z tekstem Josepha Lisiewskiego „Ceremonial Magic and the Power of Evocation”. Pierwsza połowa tej ksiażki jest atakiem na współczesne formy magii – od „palenia świec” (ta krytyka jest raczej implikowana) po rytuały grupy „Złoty Brzask”. Przedmiotem krytyki jest, zdaniem autora, kompletna nieskuteczność tego rodzaju praktyk, które Joseph Lisiewski określa kolektywnie jako „magię New Age”. Jako odtrutkę na to, co postrzega jako newage’owski synkretyzm, Lisiewski proponuje zwrócenie się w stronę źródła magicznych praktyk Zachodu: grymuarów magicznych, a źródłem tychże jest według Lisiewskiego księga „Heptameron”.

 

„Heptameron” jest faktycznie źródłem zaklęć znajdujących się w spopularyzowanej przez Złoty Brzask i Aleistera Crowleya pierwszej księgi cyklu „Lemegeton”, znanego też jako „Goetia Króla Salomona”. Tym, co różni „Heptameron” od „Goetii”[3] jest większa swoboda formalnych wymogów narzuconych na czarownika – nie ma tam konieczności noszenia pasa z lwiej skóry, czy zakładania „pieczęci” duchów wykonanych ze złota i srebra po to, by zdobyć nad duchem władzę. Jednak magia, w żadnej ze swoich tradycyjnych postaci, nie rezygnuje z rygoru: wymagania formalne narzucane przez Heptameron na czarownika – nazywanego, nota bene, egzorcystą, mają charakter tu jednak raczej religijny.

 

W przypadku większości grymuarów mówi się o „procesie” – serii czynności przygotowawczych, które należy wykonać, zanim czarownik (albo „egzorcysta”) będzie mógł przystąpić do właściwej operacji magicznej. Obejmują one zarówno przygotowanie przyborów, którymi „egzorcysta” będzie się posługiwał, jak i przygotowanie samego czarownika. Poniżej podam skróconą listę czynności, które należy wykonać przed przystąpieniem do „egzorcyzmu duchów napowietrznych” według Heptameronu:

 

– czarownik musi dochować czystości wewnętrznej i zewnętrznej. Musi wyspowiadać się i przyjąć komunię świętą.

– czarownik musi skropić wykonany w dniu i godzinie Merkurego[4] na kawałku koziej skóry Pentakl Salomona wodą chrzcielną i zmówić nad nim Mszę Ducha Świętego

– Msza Ducha Świętego musi być też zmówiona nad mieczem, który czarownik będzie trzymał w dłoni podczas rytuału

– czarownik musi skropić krąg magiczny wodą święconą, zmawiając nad nim słowa – znowu należące do katolickiej liturgii – „Asperges me, Domine, hyssopo et mundabor/Lavabis me, et super nivem dealbabor.” („Oczyść mnie, Panie, hyzopem, a będę czysty; obmyj mnie, a będę bielszy niż śnieg”)

– po odprawieniu egzorcyzmów nad ogniem i „perfumami”[5] – czyli aromatami używanymi podczas rytuału – czarownik musi założyć „lnianą szatę, czystą szatę kapłana” (księdza), po czym może przystąpić do „egzorcyzmu”, który w tym przypadku nie jest rytuałem odpędzenia złego ducha, lecz jego przywołania.

 

Po przygotowaniach następuje sam rytuał: czarownik przywołuje ducha i rozkazuje mu w imię Boga, żeby spełnił jego wolę; staje przed nim jako „istota stworzona na obraz Boga i wzmocniona mocą Boga”. Zachowuje się podobnie jak egzorcysta katolicki, który rozkazuje złemu duchowi opuścić ciało opętanego – z tą różnicą, że „egzorcysta” z Heptameronu przywołuje ducha i każe mu spełnić swoją wolę. Obydwie praktyki zakładają podobną zasadę działania, wypływającą ze średniowiecznej wizji, w której Bóg miał władzę nad całością istnienia: nad światem widzialnym i niewidzialnym, nad duchami czystymi i upadłymi. Jakiż to kontrast z – inspirowanym zresztą przez ewangelików amerykańskich – obrazem, w którym Bóg znajduje się na ostatnim miejscu, a na pierwszym znajduje się diabeł, mający swobodę działania przez klątwy, amulety i środki masowego przekazu. Taką mroczną wizję można znaleźć m.in. na łamach promowanego przez polskich duchownych czasopisma „Egzorcysta”.

 

Mówiąc o „Heptameronie” dotykamy dwu niezwykle istotnych spraw: po pierwsze związku praktyk egzorcyzmu i przywołania (Owen Davies w „Historii ksiąg magicznych” pisze o tym, że praktyka zmiany modlitw egzorcyzmujących tak, żeby stawały się przywołaniami i zaklęciami była dosyć powszechna w okresie Renesansu), oraz związków pomiędzy magią i katolicką liturgią w szerszym rozumieniu.

 

Przyjrzyjmy się raz jeszcze procesowi opisywanemu w księdze „Heptameron”: szata księdza, dostęp do przyborów kapłańskich, takich jak woda chrzcielna, znajomość tekstów liturgicznych – wszystko wskazuje na to, że tekst był adresowany do kapłana, albo co najmniej osoby posiadającej wykształcenie teologiczne. Warto też zwrócić uwagę na to, że magiczną rolę odgrywają tu sakramenty katolickie, których zadaniem staje się „ufortyfikowanie” czarownika przed konfrontacją z upadłymi duchami, w której to konfrontacji łaska okazana przez Boga czarownikowi jest kwestią decydującą o powodzeniu operacji. Do dzisiaj egzorcyści – głównie w krajach Zachodu – wierzą w to, że moc sakramentów chroni wiernych przed siłą upadłych duchów; jeden z nich stwierdził nawet, że „jedna sakramentalna spowiedź warta jest tysiąca egzorcyzmów” (źródło: http://www.culteducation.com/reference/exorcism/exorcism79.html)

 

Nic więc dziwnego, że książki magiczne czasów Renesansu zalecały spowiedź i komunię.

 

Magia „Heptameronu” jest praktykowana współcześnie przez niektórych okultystów; wielu zaświadcza o jej skuteczności. Są wśród nich również katoliccy księża – o jednym z nich wspomina w swojej książce Joseph Lisiewski, drugi jest aktywnym uczestnikiem magicznego forum evocationmagic.com.

 

SALOMON, PENTAGRAM I TRADYCJA, KTÓREJ NIE BYŁO

 

 

Nie ma chyba symbolu, który budziłby większą grozę niż pentagram. To wewnątrz pentagramu filmowi sataniści składają ofiary z ludzi, to pentagramy pojawiają się – rzekomo – na ciałach opętanych osób, a samo przebywanie w pobliżu tego symbolu automatycznie otwiera człowieka na działanie sił demonicznych.

 

Tylko czy naprawdę? Skąd faktycznie wziął się pentagram i co oznacza?

 

To prawda, Kościół Szatana przywłaszczył sobie symbol Pentagramu (albo Pentalphy), podobnie jak przywłaszczył sobie inne stare symbole, ale te symbole istniały już wcześniej, a założyciel diabolicznego Kościoła dokonał ich reinterpretacji. W rzeczy samej, wiele symboli uważanych za demoniczne czy złe zaczynało swoją karierę jako chrześcijańskie – odwrócony krzyż to faktycznie Krzyż Świętego Piotra – Apostoła, który prosił, aby ukrzyżowano go głową w dół, gdyż nie był godny umierać na krzyżu tak jak Zbawiciel (na prowadzonej przez ewangelickich fundamentalistów stronie http://www.jesus-is-savior.com/False%20Religions/Roman%20Catholicism/satanism_in_the_vatican.htm można zobaczyć zdjęcie Papieża Jana Pawła II na tle odwróconego krzyża – dowód na rzekomy „satanizm w Watykanie”), Liczba Bestii pojawia się w Objawieniu Świętego Jana jako „liczba człowieka”, a nie symbol posiadający moc sam z siebie („Kto ma rozum, niech policzy”). Mimo to pobożny chrześcijanin jak ognia unika Pentagramu.

 

Również wypaczoną – ale odrobinę bliższą prawdzie niż katolicka – interpretację symbolu można znaleźć w tzw. „tradycji” neopogańskiej, nazywanej w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii Wiccą. Można się z niej dowiedzieć, że Pentagram symbolizuje cztery żywioły – ogień, wodę, powietrze i ziemię – i królującego nad nimi ducha. Problem w tym, że ta interpretacja jest stosunkowo świeża – pojawiła się w zakonie Złotego Brzasku jako interpretacja tzw. Tablicy Jedności, objawionej przez anioły Renesansowemu czarownikowi Johnowi Dee. Ale interpretacja narodziła się na przełomie dziewiętnastego i dwudziestego wieku, John Dee żył w czasach Renesansu, a Pentagram jest symbolem starożytnym. Więc skąd się wziął?

 

Istnieją dwa potencjalne źródła symbolu: pitagorejskie i żydowskie. Pewne jest, że pentagram był niegdyś symbolem żydowskim. Praktykujący czarownik E.A. Koetting  pisze w książce „Works of Darkness”, w rozdziale poświęconym mrocznym symbolom, że nawet „odwrócony” pentagram nie był w przeszłości uważany za symbol mający związek z siłami zła. Pierwsi chrześcijanie uważali nawet Pentagram za symbol ran zadanych wiszącemu na Krzyżu Chrystusowi.

 

Mimo to sam symbol pojawia się często w magicznych obrzędach. Żeby zrozumieć, czemu tak się dzieje, trzeba przyjrzeć się pochodzącej z pierwszych wieków chrześcijaństwa księdze zatytułowanej „Testament Salomona”.

 

„Testament” otwiera historia chłopca, którego dopada demon imieniem Ornias. Demon nie tylko wysysa jego siły witalne przez kciuk, ale też kradnie mu część jedzenia (!!!). Król Salomon zauważa, że z chłopcem jest coś nie tak; rozpoznawszy sytuację modli się do Najwyższego o pomoc. Przed Królem staje Archanioł Michał, dając mu pierścień z symbolem Pentalfy (Pentagramu): pierścień przynosi każdemu, kto go założy, władzę nad nieczystymi duchami. Król Salomon najpierw uwalnia chłopca spod władzy demona, a następnie zmusza złego ducha do posłuszeństwa; przesłuchuje go, zdobywając informację o reszcie diabolicznej hierarchii, a w końcu zniewala wszystkie nieczyste duchy i zmusza do pracy nad Świątynią. Sielanka trwa do chwili, gdy Salomon składa ofiarę obcemu bogu; traci wówczas władzę nad duchami i staje się „pośmiewiskiem demonów i ludzi”. Mimo haniebnego losu, jaki spotkał wielkiego króla, Pentagram stał się – za sprawą, zapewne, tego tekstu, symbolem kojarzonym z ochroną przed siłami zła i władzą nad nimi.

 

Przez lata Król Salomon uważany był przez czarowników Europy za swojego rodzaju proto-maga; pierwszą i jedyną osobę, której udało się zdobyć pełną władzę nad złymi duchami. Wszystkie magiczne księgi krążące po Europie miały, rzekomo, za swojego autora króla Salomona. Ale historia opisana w „Testamencie Salomona” dotyka kolejnego ważnego problemu: powinowactwa pomiędzy sztuką magiczną a egzorcyzmem. Salomon występuje w niej nie tylko jako proto-mag, ale też jako proto-egzorcysta, który wygania demona z ciała osoby opętanej, a następnie zmusza go do służby. (Pełny tekst „Testamentu” znajduje się na stronie Esotericarchives – http://www.esotericarchives.com/solomon/testamen.htm ). Ponownie ujawnia się tożsamość praktyk egzorcyzmów i magii – w obydwu przypadkach mamy do czynienia z zaklęciem w ścisłym znaczeniu tego słowa – z zaklęciem złego ducha, w imię Boga, do spełnienia woli egzorcysty. Kieckhefer pisze:

 

„Emilie Durkheim and Marcel Mauss took the chief difference between religion and magic to lie in the social context. To paraphrase their perception, religion is the official observance of the collectivity (such as Church), while magic is the unofficial practice of an individual (often on behalf of a client). But if one takes religion to be the spiritual practice of a community specifically acting as a practice sanctioned by the community, even when carried out individually, one relegates any and all disapproved practice, regardless of the grounds for disapproval, to the category of magic. Eamon Duffy has emphasized that magical or superstitious formulas in charms share a common vocabularity with liturgical prayers, which already suggests the need for a nuanced sense of the relationship between religion and magic. The complexity of this relationship may be seen with particular clarity in the comparison of the exorcism and conjuration. As we shall see in a later chapter, in medevial parlance these terms were used interchangeably, and the practices are in fact in all ways but one identical. [6]

 

Kieckhefer zwraca uwagę nie tylko na podobieństwo, graniczące z tożsamością, praktyk egzorcystycznych i magicznych, lecz także na inspirację „ludowych” praktyk magicznych przez liturgię. Zadaje to kłam neopogańskiej narracji o przetrwaniu w niezmienionej formie „okultystycznych” praktyk pogańskich. Jest to narracja wygodna dla obu stron konfliktu: wyznawcy New Age czerpią dumę ze „starożytności” własnych obrzędów, autorytety kościelne natomiast mogą piętnować „pogańskie” tradycje ze względu na ich rzekomy demoniczny charakter. Problem w tym, że starożytność wielu z tych praktyk jest mocno podejrzana. Przyjrzyjmy się, dla przykładu, jednej z nich.

 

Jesienią każdego zastępy polskich egzorcystów stają w gotowości bojowej, szykując się na tę jedną straszliwą noc, w którą otwierają się bramy piekieł a demony krążą po Ziemi, by porywać dusze bezbronnych wiernych. Noc ta przypada na dzień 31 października i nosi za oceanem nazwę Halloween. Czego polscy duchowni nie wiedzą to to, że nie tylko sama tradycja, ale i opór przed nią pochodzi zza oceanu. Źródłem mitów o Halloween jako o „druidycznym święcie szatana” (opinię taką wyrażali m.in. na swoim kanale Youtube dwaj polscy franciszkanie, których film został podlinkowany na stronie skądinąd rozsądnego Tygodnika Powszechnego) są bowiem amerykańscy ewangelicy, dla których satanistyczną organizacją jest też sam Kościół Katolicki. Jaka szkoda, że nasi specjaliści od walki z diabłem nie weryfikują swoich źródeł; gdyby to zrobili, dowiedzieliby się, że według tychże źródeł sami są potępieni.

 

Prawda o Halloween jest, niestety, o wiele mniej sensacyjna niż jej oficjalna wersja. Halloween nie stworzyli druidzi, lecz irlandzcy katolicy; jej źródłem nie były krwawe pogańskie obrzędy, lecz nie mniej krwawe religijne wojny toczone przez samych chrześcijan (por. O. Augustine Thompson OP: Katolickie korzenie Halloween – http://rebelya.pl/post/4984/o-augustine-thompson-op-katolickie-korzenie-hal). W rzeczy samej z pogańskimi przodkami łączy nas niewiele; a twórców „neopogańskich” tradycji łączy ich jeszcze mniej. Rytuały Wicci to de facto przetworzone obrzędy neo-magicznych zakonów, takich jak Złoty Świt, których większość miała swoje korzenie w tradycji judeochrześcijańskiej, do której przynależność zdradza używanie przez Wiccan symbolu pentagramu.  „There is now widespread consensus among historians that Catholicism thoroughly permeated the mental world of medieval Europe, introducing a robust popular culture of saints’ shrines, devotions, and even charms and spells. The idea that medieval revels were pagan in origin is a legacy of the Protestant Reformation.” – pisze autorka Diotima Mantineia, w artykule przeznaczonym dla neopogańskiej strony witchvox i przedrukowanym pod adresem http://www.culteducation.com/reference/wicca/wicca31.html. Praktyki potępiane przez Kościół jako „pogańskie” i „okultystyczne” raz po raz okazują się być praktykami inspirowanymi przez obrzędy tego samego Kościoła, który je piętnuje.

 

 

KONKLUZJA

 

 

„Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni” – tę nowotestamentową maksymę należy przypomnieć duchownym, którzy wyciągają palce, rzucają kamieniem w każdego, kto nie stosuje się do ich zaleceń i ostrzegają przed wyimaginowanymi zagrożeniami. Nie oznacza to, że „rzeczywistość duchowa” nie istnieje, lub że jest pozbawiona zagrożeń – autor tego artykułu doświadczył na własnej skórze jednego i drugiego – potrzebny jest nam jednak trzeźwy osąd, a nie dopatrywanie się diabła tam, gdzie go nie ma. A jeszcze gorsza, niestety, jest obłuda, która każe  duchownym widzieć źdźbło w cudzym oku, a nie widzieć belki w swoim własnym. Rozumiem teologiczną i filozoficzną opozycję Kościoła wobec niekatolickich praktyk – jako podmiot w dyskusji toczącej się pomiędzy systemami filozoficznymi i religiami świata ma on do niej całkowite prawo. Czym innym jednak jest nie zgadzanie się z przeciwnikiem, a czym innym demonizowanie go; a przyjmowanie, z całym bogactwem inwentarza, wizji świata propagowanej przez amerykańskich ewangelików spod znaku Jacka Chicka – wizji pełnej magii, klątw międzypokoleniowych, wizji, w której diabeł ma pełną władzę nad światem – stwarza zagrożenie dla samego Kościoła, który, jako instytucja przez lata inspirująca magiczne praktyki Zachodu może stać się tej wizji ofiarą.



[1]     Richard Kieckhefer, „Forbidden Rites. A necromantic manual of the fifteenth century”, s. 12-13

[2]     „Discoverie of Witchcraft”, tekst jest dostępny na stronie http://www.esotericarchives.com/solomon/scot16.htm

[3]     Słowo „Goetia”, demon „Goetycki” etc. weszły wśród okultystów w powszechne użycie jako odnoszące się właśnie to tej księgi. Nie wszyscy współcześnie praktykujący czarownicy zgadzają się z takim rozumieniem: warto zwłaszcza zapoznać się z krytyką tego pojęcia przez Jake Stratton-Kenta i jego tłumaczeniem określenia „Goetia”

[4]     Czyli w środę o świcie. Według mojej niepewnej wiedzy tego rodzaju wtręty w zachodnich księgach magicznych są naleciałościami chaldejskimi, które najprawdopodobniej dotarły na Zachód przez świat arabski, a zwłaszcza wielkie kompendium magii i filozofii nazywane Ghayat-al-Hakim, czyli „Cel Mądrych”; w Europie księga ta była znana pod nazwą „Picatrix”.

[5]     Ponownie widać tu podobieństwo z praktykami opisywanymi w „Picatrix”

[6]     Forbidden Rites, s. 13-14

5 myśli nt. „„Niebezpieczne związki liturgii katolickiej i okultyzmu”

  1. Zbyszek Autor wpisu

    Ciekawy wyklad o cialkach, wolnej woli i rozumie, czyli wladzy duchowych. Oczywiscie nie cialkowo , ale filozoficznie chrzescijansko.
    Zastanawiam sie co by sie dzialo, gdyby wyszlo iz sa cialka i dymensje,

  2. Zbyszek Autor wpisu

    widzicie debile, ze nie byl papiezem!! ech choc wkleilem ten tekst Almosa, to przeczytalem tylko pierwsza linijke, bo mnie nudzil. hah, teraz po sprostowaniu katola, to pewnie im wstyd, az po same wlosy a moze i wyzej:)))

  3. Alojza

    Tego typu inicjatywy są niezwykle ważne, bardzo dobrze, że dowiedziałam się o kolejnej dzięki Twojemu postowi.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *